I przyszedł Nowy Rok. Śmierdział oscypkiem i końską dupą, bo jechał saniami po śniegu, przebijając się przez góry. Wystrzelił racę, łyknął szampana, kiss kiss, cmok cmok i poszedł spać. I wszyscy się mu w pas kłaniali - ubrani w cekiny, gajery i giwery. Jak szlachcica przepuszczali przodem licząc na to, że sypnie groszem, albo spełni życzenia.
Nowy Rok ochrząknał, splunął przez ramię i przypalając peta krzyknął w tłum wystrojonych pochlebców: "Co ja ku&%a, złota rybka? Życzeń nie będzie. Mam kryzys. Peace and Love!".
I poszedł sobie Nowy Rok dzień do przodu. Jedni widzieli w nim chama, inni królewicza. Przy 365 jego kroku i tak wszyscy powiedzą, żeby spieprzał bo był do niczego i teraz czekają na nowy. A ja patrzyłam na niego i myślałam sobie... "Jeśli nawet za paredziesiąt kroków zesrasz się na środku, zarzygasz sobie buty, ale przeprosisz i pójdziesz dalej - to i tak będę się cieszyć, że przyszedłeś i skopałeś dupę temu poprzedniemu".
Subscribe to:
Post Comments (Atom)

No comments:
Post a Comment